|
|
|
|
|
|
środa, 10.listopada.2010, 11:31
PART III BOULEVARD Pierwsza noc w nowym miejscu była dla Sophie bardzo udana. Wprawdzie nie pamiętała pierwszego snu, ale rano obudziła się wypoczęta i naładowana niespożytą energią. Pogoda była cudowna. Niebo nieskazitelne jak poprzedniego dnia, promienie słoneczne próbowały przedostać się przez opuszczone rolety na oknie. Sophie od razu poczuła się lepiej, rozciągnęła mięśnie i z uśmiechem odsłoniła okno. Światło poraziło lekko jej oczy, spojrzała na miasto. Widok był niedopisania, z tej części widać było wszystkie główne budynki. Otworzyła okno i przez kilka minut nasłuchiwała miejskie odgłosy. Zastanawiał się, co ją tutaj spotka? Miała wielkie szczęście, że trafiła jej się taka kuzynka! W dodatku sąsiadująca z producentem muzycznym, czy jeszcze ją tutaj coś zaskoczy? Otworzyła swoją podróżną torbę i wypakowała rzeczy. Przygotowała lekką zwiewną czerwoną sukienkę na dzisiejszy dzień. Ułożyła włosy, zrobiła lekki makijaż i zeszła na śniadanie. Czekała tam na nią wiadomość od Valentine. – Sophie musiałam wyjść do pracy. Czuj się jak u siebie w domu. Na odwrocie kartki zostawiłam dokładny adres agencji, do której możesz się dziś zgłosić, powołaj się na mnie to bardzo ważne! PS: Philip dziś ma wolny czas. Obiecał, że oprowadzi Cię po mieście. Baw się dobrze! – Sophie zrobiła zdumioną minę, nawet nie przypuszczała, że kuzynka tak szybko zadziała w sprawie pracy. Była pod ogromnym wrażeniem, ale gdzie ten haczyk? Pogrążyła się przez chwilę we własnych myślach. Cieszyła się ogromnie w duchu jednak miała pewne obawy, nie chciała zawieść Valentine, która wierzyła w jej predyspozycje, mimo iż nie widziała wiele jej występów. Odłożyła biały papier i sięgnęła do lodówki by zaspokoić swój głód. Usłyszała głośne pukanie do wejściowych drzwi. Początkowo zastanowiła się czy w ogóle otworzyć w końcu jest sama i nikogo nie zna. Wyjrzała przez malutki otwór i zobaczyła znajomą postać. Philip. Wypuściła powietrze z ust i otworzyła drzwi witając go szerokim uśmiechem. – Witaj. - Dzień dobry – Odpowiedział posyłając jej szarmancki uśmiech. Sophie zaczynało się to podobać. – Wybacz tak wczesną porę, ale jeśli chcesz jeszcze dziś pozwiedzać musimy się pospieszyć. - Daj mi chwilkę tylko coś przegryzę. - O nie, moja droga my śniadanie jemy w kawiarni, która serwuje najlepsze francuskie rogaliki. Nawet Francuzi takich nie mają – Rzekł rozbrajająco. Sophie parsknęła śmiechem. Amerykańskie poczucie humoru zaczęło przypadać jej do gustu. Opuścili mieszkanie wyruszając w miasto. Philip zadbał o wszystko o środek transportu również. - Zapraszam – Podszedł do czarnego cabrio, co wbiło dziewczynę niemalże w ziemię. - Tym jedziemy? – Pokazała palcem na imponujący sportowy samochód. - Tylko taki teraz posiadam – Oznajmił. Zakrył oczy czarnymi awiatorami i wsiadł do pojazdu. Sophie musiała przyznać sama przed sobą, że wyglądał bardzo pociągająco. Zaczęły przelatywać jej różne dziwne myśli, ale w kilka sekund wyrzuciła je jak najszybciej z głowy. – Masz zamiar zostać tutaj? - Słucham..? – Ocknęła się patrząc na Philipa pytająco – Nie! Oczywiście, że nie. – Weszła szybko do samochodu nieco podenerwowana, jej uda odsłoniła czerwona sukienka, której nawet nie zdążyła przebrać. Poprawiła nerwowo włosy. Philip tym czasem szperał w swojej kolekcji płyt CD. Sophie zerkała, co taki producent może mieć w swoim zbiorze, miała malutką nadzieję, że natrafi na płytę Michaela Jacksona. Niestety. - Charles & Eddie – Wymówił nazwę wykonawcy i załączył płytę. Z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki i słowa utworu – Oh baby oh would I lie to you? Look into my eyes Can't you see they're open wide Would I lie to you? Sophie dobrze znała tą piosenkę. Zupełnie nie pomagała jej w obecnej sytuacji. Wręcz przeciwnie czuła się jeszcze bardziej onieśmielona i speszona całą atmosferą, jednak próbowała zachować powagę i być jak najbardziej otwarta w stosunku do siedzącego obok Philipa. Mężczyzna przekręcił kluczyk i dodał mocno gazu, zupełnie jakby chciał zaimponować dziewczynie siłą sportowego auta. - Jesteś głodna? - Trochę.. - Kawiarnia jest niedaleko. Zapanowała niezręczna cisza. Philip skupił się na drodze, Sophie tym czasem próbowała wymyśleć jak najszybciej sensowny temat do rozmowy, co nie wychodziło jej najlepiej. – Lubisz francuskie rogaliki? - Przerwał jej myśli. - Tak – Odpowiedziała uśmiechając się kolejny raz poprawiając odruchowo włosy. Czuła, że nie do końca panuje nad Sobą, ten mężczyzna onieśmielał Ją coraz bardziej. Nienawidziła, gdy ktoś podświadomie przejmował nad nią kontrolę. Przystanęli na parkingu zaraz na wprost małej kawiarenki. Philip wyszedł, jako pierwszy z auta i zanim Sophie zdążyła poradzić sobie z pasami bezpieczeństwa otworzył już jej drzwi. – A mówiłeś, że kiepski z Ciebie dżentelmen – Posłała mu kuszący uśmiech. – Dziękuję. - Czasem lubię kokietować – Przyznał szczerze. Kawiarnia była mała, ale bardzo przytulna. Cały wystrój lokalu przenosił gości do lat sześćdziesiątych, co bardzo spodobało się Sophie, uwielbiała tematyczne knajpy, zapewne wiele jest takich w Los Angeles. Mogłaby odwiedzić każdą po kolei. Z głośników wydobywał się przyjemny blues. Usiedli w loży zaraz przy szybie, na której był wielki naklejony transparent z nazwą lokalu. Zamówili cappuccino i dwa francuskie rogaliki tak jak zaplanował Philip. Rozgląda się po lokalu podziwiać wystrój, do tej pory nigdy nie bywała w tak ciekawych miejscach, w których można zjeść a to dopiero początek ich wycieczki. Sympatyczna czarnowłosa kelnerka przyniosła zamówienie oraz zaoferowała swoją pomoc gdyby czegoś brakowało. - Co chciałabyś zwiedzieć na początku? – Zapytał Philip upijając łyk kawy. - Sama nie wiem.. – Zmarszczyła brwi – Co proponujesz? - Zależy, na co masz ochotę? W Los Angeles nigdy nie można się nudzić, na dzisiejsze popołudnie proponują Aleje Gwiazd lub przy tak pięknej pogodzie Zoo lub Ogród Botaniczny? Co myślisz? Sophie zapaliła się czerwona lampka w głowie, jakaż ona głupia. Przecież jest w Los Angeles, w mieście gdzie mieszkają najbardziej pożądani ludzie show- biznesu, muzyki oraz kina. Hollywood Boulevard to jest to co chciała zobaczyć! - Gwiazda Michaela Jacksona! – Wypaliła nagle spoglądając na Philipa błyszczącymi oczami. – To chcę zobaczyć na początku. – Była cała podekscytowana, nie mogła uwierzyć, że w końcu zobaczy to miejsce. - Hmm.. Dobry wybór – Rzekł Philip – Nie wolałabyś jednak.. - Philip proszę, na razie zostańmy przy tym główny punkcie naszej wycieczki, o niczym tak nie marzę dziś jak ujrzeć tą wspaniałą gwiazdę. – Przerwała mu. - Jak sobie życzysz. – Uśmiechnął się i dokończył spożywać miękkiego rogalika – Śniadanie smakowało? - Owszem. Chyba zacznę tutaj przychodzić – Upewniła go w przekonaniu, że to najlepsza „śniadaniowa” kawiarnia, w jakiej była. – Idziemy? – Ponaglała go. - Ty chyba naprawdę chcesz to bardzo zobaczyć – Zaśmiał się pod nosem. Poprosił jeszcze miłą obsługę o rachunek. Ruch na ulicach w samo południe był niesamowity. Sophie cała „ chodziła” nie mogąc doczekać się gdy zobaczy to znane miejsce. Patrzyła nerwowo na kolejno jadące samochody, które zatrzymywały się co chwila tamując drogę. Pierwsze, co zdążyło ją zdenerwować w LA to ruch drogowy, mieszkając w Anglii nigdy nie widziała aż tak gigantycznego ciągu samochodów stojących w jednym miejscu. Philip przeklął pod nosem. – Wygląd na to, że będziemy musieli przejść się parę metrów. Wybacz to szczytowa godzina w mieście. Minęło jeszcze parę minut nim zdążył zaparkować w sensownym miejscu oddalonym niedaleko całego Boulevard’u. Sophie nie było to na rękę, bo jeszcze dziś musi stawić się w miejscu, o którym mówiła Valentine. - Philip – Zwróciła się do mężczyzny wysiadając z pojazdu. – Czy wiesz gdzie mieści się ta agencja? – Podeszła do niego podając zapisany adres na papierze. - Pewnie. Tak wiem, Valentine wspominała, że mam Cię odstawić tam na godzinę 15.00 punktualnie. Nie martw się powinniśmy zdążyć. Przeszli szybkim tempem kilka przecznic. Sophie, co chwila oglądała się dookoła na piękne budynki, spoglądała na piękne wystawy sklepowe, pomyślała, że powinna wybrać się jak najszybciej na zakupy rzeczy, jakie miała ze sobą były na prawdę ubogie, gdy przyglądała się innym dziewczyną na ulicach. Szli dość szybkim marszem przebijając się przez tłum ludzi zgromadzony na chodniku. Sophie nienawidziła zbyt dużo ludzi na ulicach, w miejscowości której mieszkała miała to zagwarantowane. Po piętnastominutowym marszu byli na miejscu. Sophie zobaczyły charakterystyczną czarną posadzkę z kamienia. Wokół gwiazd spacerowali turyści robiąc zdjęcia. Patrzyła na każdą gwiazdę z zaciekawieniem, dla niej było to coś niezwykłego stać na tak sławnej Alei Gwiazd. Miała świadomość, że stał tutaj również sam Michael. Philip zniknął z jej oczy, nie przejmowała się tym zbytnio, ponieważ była cała pochłonięta oglądaniem każdej kolejnej gwiazdy z nadzieją, że w końcu trafi na tą właściwą. - Sophie! – Usłyszała z oddali wołający ją głos Philipa. Obróciła się w jego stronę i już wiedziała, że mężczyzna stoi w miejscu, którego szukała. Podbiegła szybko i spojrzała w dół. Zakryła usta dłońmi i westchnęła. Stoi przed gwiazdą swojego najukochańszego idola. Idola, którego muzyka towarzyszy jej od wczesnego dzieciństwa. - Musisz zrobić mi zdjęcie! – Szybko wciągnęła swój telefon z torebki podając go Philipowi. Usiadła na zimnej posadzce zaraz obok złotej gwiazdy. Uśmiechnęła się szeroko. – Nie masz pojęcia jak się cieszę, że mnie tutaj przyprowadziłeś! – Zapiszczała niemal. Philip chciał coś powiedzieć mimo tego wstrzymał się na moment. – Jest taka piękna.. – Mówiła dalej nie odrywając wzroku od posadzki. - Jak każda tutaj – Dodał mężczyzna uśmiechając się. - Oh przestań! – Klepnęła jego ramię. – Jest wyjątkowa. Philip ponownie chciał coś powiedzieć jednak znowu coś go powstrzymało. – Coś mówiłeś? - Spojrzała pytająco w jego stronę. – Przepraszam chyba zareagowałam zbyt.. Emocjonalnie? Philip cały czas milczał myśląc czy powiedzieć to co zamierzał na początku, czy siedzieć cicho i zwiedzać dalsza część Boulevard. Poczuł w kieszenie wibracje telefonu, odszedł na bok by odebrać połączenie. – Tak Valentine? - Phil zabieraj Sophie do agencji o której ci wspominałam, już trwają przesłuchania. Powiedz by zgłosiła się do Alexandra. Mam nadzieję, że nie oddaliliście się zbyt daleko? - W zasadzie jesteśmy tuż obok. Dlaczego taka nagła zmiana godziny? - Rozmawiałam z Alexandrem obiecał poświęcić Sophie osobny czas. - Rozumiem, zaraz tam będziemy. Do zobaczenia. – Odłożył telefon z powrotem do kieszeni spodni. - Pora wracać. – Rzucił do dziewczyny. Sophie zmarszczyła brwi przyglądając mu się uważnie. – Musimy stawić się w agencji jak najszybciej. - Przecież Valentine mówiła.. - Zmiana planów – Dodał. Wrócili w milczeniu do samochodu. Sophie poczuła łagodny Skórcz w żołądku w zasadzie nie wiedziała, czego się spodziewać, nie przygotowała układu liczyła na swoją improwizację i że ten ktoś, kto będzie obserwował każdy jej ruch nie zaśmieje jej się w twarz a potem Valentine. Szybko dojechali na miejsce, ku zaskoczeniu Sophie mieściło się ono zaledwie trzy przecznice od Boulevard. Zobaczyła wielki budynek niczym nieróżniący się od innych. Philip zaprowadził ją do środka, zameldował, że już są. Wytłumaczył, do kogo ma się zgłosić i jeśli nie ma nic przeciwko opuści ją na dwie godziny. Sophie zrobiło się gorąco, nie wiedziała czy to w pomieszczeniu było tak ciepło czy to organizm reagujący na stres. Podeszła do niej wysoka szczupła blond włosa kobieta. Przedstawiła się jako Rebecca. Sophie nie musiała podawać swojego imienia, ponieważ kobieta już je znała. Zapytała jedynie czy aby na pewno to ta Sophia, po którą przyszła. Przeszły przez długi korytarz do jak się okazało sali prób, gdzie była dość spora grupa młodych ludzi. Rebecca kazała jej poczekać chwilę mówiąc, że musi coś jeszcze sprawdzić, w tym czasie Sophie może się przebrać. Przebrać? – Pomyślała. I klęła w myślach jak mogła nie wrócić po torbę z rzeczami, które spakowała rano. Cholera teraz jest spalona, nie zatańczy przecież wszystkiego w czerwonej krótkiej sukience. Ucisk w żołądku był coraz bardziej uciążliwy, stres dawał o sobie znać, ręce robiły się wilgotne. W oddali zobaczyła Rebecce z nieznajomym czarnoskórym mężczyzną. Obydwoje podeszli do Sophie. Mężczyzna uśmiechał się miło i przedstawił, jako – Alexander. Sophie już wiedziała jak wygląda jej „egzaminator”, pomyślała również, że całkiem przystojny. Rebecca dodała jeszcze, że sala numer cztery jest wolna, po czym odeszła do grupy młodych dziewczyn stojących niedaleko. - Więc to ty jesteś Sophie – Alexander zmierzył ją wzrokiem. – Jesteś gotowa do przesłuchania? - W zasadzie tak – Bąknęła coraz bardziej się denerwując. - No to chodźmy – Objął ją ramieniem prowadząc zapewne w kierunku Sali numer cztery. Zaskoczył ją tym spontanicznym gestem, co sprawiło, że atmosfera nieco się rozluźniła. Sala była ciemna i pusta. Wyglądała jak niczym niewyróżniająca się sala teatralna. - Czy chciałabyś się jakoś przygotować? Rozgrzać mięśnie? – Zapytał sięgając po butelkę wody mineralnej, która znajdowała się na małym stoliczku zaraz obok sceny. - Ile mam na to czasu? - Powiedzmy dwadzieścia minut. Przygotuj się, na scenie masz radio i możesz wybrać repertuar, co chcesz, możesz też zatańczyć bez muzyki. I nie denerwuj się tak – Powiedział wszystko powoli i dokładnie puszczając na koniec oczko do Sophie. Uśmiechnęła się lekko mimo tego trema nie miała zamiaru zniknąć. Alexander opuścił salę. Wzięła głęboki oddech. Zdjęcia obuwie i weszła na podest. Powoli rozciągała poszczególne mięśnie ciała tak jak to robiła na swoich treningach. Nogi, ręce, stopy, szyja, stopy, noga i tak w kółko aż poczuła, że ciało jest w pełni sprawne do tańca. Pomyślała nad choreografią miała kilka pomysłów, przećwiczyła na szybko trochę ruchów, jakie chciała zaprezentować. Przejrzała track listę, jaką miała do dyspozycji i zobaczyła dobrze jej znany tytuł – Give in to me – Michael Jackson. Nie raz przygotowywała się przy tej piosence. Rozpromieniała, poczuła, że stres powoli z niej ulatuje. Zamontowała płytę w napędzie i przesłuchała cała piosenkę układając w głowie szybko choreografię. Miała straszną ochotę dodać kilka „Michaelowych” akcentów jednak rozburzyłoby to cała koncepcję tego, co chciała zaprezentować. - Zaczynamy? – Alexander wrócił do sali z uśmiechem na ustach. - Jestem gotowa - Przytaknęła. Komentarze (3), Dodaj
sobota, 6.listopada.2010, 10:10
PART II VALENTINE Mając wielki bagaż na plecach wybiegła na ulicę pełną tłumu ludzi. Promienie słoneczne mocno nagrzewały jej twarz rażąc w oczy. Podarowała szeroki uśmiech nieznajomemu mężczyźnie, który właśnie przechodził obok. Nie mogła uwierzyć, że znalazła się w tak pożądanym i pięknym miejscu. Miasto było ogromne, pełne życia, każdy podążał w jakimś konkretnym kierunku. Dostrzegła rodziców z dziećmi, które bawiły się obok fontanny, usłyszawszy ich radosny śmiech. Obserwowała to wszystko z ogromnym entuzjazmem i zainteresowaniem. Ujrzała z oddali grupkę wysokich, szczupłych opalonych dziewczyn niczym modelki przejeżdżających na rolkach. Czuła się jak w bajce, jakby przeniosła się do zupełnie innego Świata. Miasto było zupełnie inne niż to, w którym się wychowała. Spojrzała w górę na wysokie do nieba budynki potem na wielkie palmowe drzewa, które ujrzała pierwszy raz w swoim dwudziestotrzyletnim życiu. – Chyba śnię – powiedziała głośno. Przemieszczała się z ulicy na ulicę podziwiając piękny miejski krajobraz. Zrozumiała, dlaczego Los Angeles to „Miasto Aniołów” tutaj było jak w niebie! Weszła do pierwszej lepszej kawiarni, jaką napotkała. Usadowiła się wygodnie w skórzanej loży. Zerknęła kątem oka na gości znajdujących się w pomieszczeniu. Każdy popijał kawę, co drugi coś czytał nieliczni siedzieli samotnie spoglądając zza okna na zgiełk miasta. Zamówiła cappuccino i kanapkę by uzupełnić brak węglowodanów. Dopiero teraz, gdy emocje powoli z niej uchodziły poczuła ogromny głód. Dyskretnie przejrzała swoje fundusze. Wyciągnęła z konta wszystkie swoje oszczędności, jakie zgromadziła przez 3 lata pracy, jako instruktorka tańca. Wzięła głęboki oddech. Musiała zadecydować, co dalej zrobić w tym tętniącym życiem mieście. Wynająć pokój w najtańszym hotelu, jaki tutaj znajdzie czy odnowić kontakt z dawno nieodzywającą się kuzynką? Zmoczyła usta w pysznej puszystej kawie i od razu przypomniała sobie smak wodnistego napoju na lotnisku. Zabrała się do spożycia pysznego świeżego pieczywa, nadal rozmyślając o dalszej sytuacji. Podjęła decyzję o niezapowiedzianej wizycie u kuzynki – Valentine. Valentine odkąd pamięta była dość specyficzną osobą, dlatego ich kontakt był ograniczony. Wyjechała mając osiemnaście lat w poszukiwaniu szczęścia, być może pragnęła tego, co teraz pragnie Sophie? Mimo, że nie miały wielkiego kontaktu były bardzo blisko spokrewnione. Valentine była córką brata ojca Sophie, ostatnie spotkanie miało miejsce w Boże Narodzenie, gdy Sophie miała szesnaście lat. Pamięta, że kuzynka podarowała jej ogromny plakat Michaela Jacksona, który był nie do zdobycia w sklepach miasta. Valentine wiedziała jak bardzo go podziwia, mimo iż nie popierała tej pasji tak samo jak większość rodziny. Sophie przygotowała się na to spotkanie, znała dokładny adres zamieszkania oraz telefon kontaktowy. Postanowiła jednak nie informować telefonicznie kuzynki. Jeśli jej nie zastanie zrezygnuje z odwiedzin i zamelduje się w hotelu. Podziękowała za kawę przemiłej kelnerce pytając jeszcze gdzie może kupić dokładną mapę miasta, kobieta skierowała ją do najbliższego kiosku i życzyła powodzenia. Wiedziała na pierwszy rzut oka, że Sophie nie jest tutejsza. Głownie przez angielski akcent i urodę. Dziewczyna jeszcze raz podziękowała i udała się by zakupić potrzebną mapę, zaopatrzyła się jeszcze w parę innych drobiazgów i obrała kierunek w stronę postoju taksówek. * Stanęła przed wysoką zadbaną kamienicą. Ulica, na której się właśnie znajdowała była czysta i utrzymana w najlepszym porządku. Weszła do środka budynku kierując się do mieszkania z numerem czterdziestym dziewiątym. Zapukała trzykrotnie nasłuchując kroków. Cisza. Powtórzyła czynność jeszcze raz z nadzieją, że jednak zastanie Valentine w mieszkaniu. Niestety nikt nie odpowiadał. Zrezygnowana kierowała się już stronę windy, gdy usłyszała za plecami męski głos. - Przepraszam! – Krzyknął nieznajomy jej mężczyzna. - Tak? – Odwróciła się niepewnie. - Valentine jest w pracy. Powinna być około 18,00. Jestem jej sąsiadem, mieszkam tuż obok. – Młody mężczyzna podszedł bliżej dziewczyny. – Mogę przekazać, jeśli to coś ważnego? – Zaproponował. - W zasadzie.. Jestem jej kuzynką. Sophie. – Przedstawiła się. - Bardzo przyjemnie poznać. Philip, sąsiad – Wyciągnął rękę na powitanie. – A więc? - Chciałam pomieszkać u niej parę dni, ale jeśli jej nie ma..- Mówiła niepewnie. - Wybacz! Marny ze mnie dżentelmen – Zażartował, by rozładować niezręczną atmosferę. – Zapraszam do mnie na herbatę. - Sophie zakłopotana tą propozycją stała jeszcze chwilę nie mówiąc nic. Jaką miała pewność, że mężczyzna ma dobre intencje? Sophie z natury była przezorna, unikała dziwnych znajomości, nigdy nie chodziła sama po zmroku i nie odpowiadała na zaczepki nieznajomych facetów, którzy próbowali nie raz ją poderwać. Mimo wszystko Philip wzbudził w niej dziwne zaufanie. Wyglądał bardzo elegancko i schludnie. Przystojny, wysoki z lekkim ciemnym zarostem ubrany w granatowy jeans i czarny obcisły golf, akurat ta część garderoby zszokowała dziewczynę, ponieważ na dworze było ponad 25 stopni! - No dobrze – Zgodziła się i podarowała lekki uśmiech nowo poznanemu mężczyźnie. Mieszkanie było bardzo przestronne i przytulne. Ściany w jasnych barwach odbijały promienie słońca rozświetlając pomieszczenia. Sophie usiadła przy szklanym małym stole rozglądając się nadal po mieszkaniu. - Jaką herbatę lubisz? – Doszedł ją odgłos z kuchni. - Zwyczajną – Odparła unosząc brwi. - Może być jaśminowa? – Zadał kolejne pytanie, poszukując odpowiedniego smaku napoju w małym wiklinowym koszyczku. Sophie przystała na propozycję, chodź zupełnie nie miała pojęcia jak smakuje herbata o smaku jaśminu. Wstała z kremowej kanapy oglądając zdjęcia rozmieszczone na komodzie pod kolor kanapy. Imprezy, wakacje, zdjęcia rodzinne i.. Barbara Streisand?! -Barbara Streisand!? Ta Barbara Streisand? – Krzyknęła do mężczyzny w kuchni, który kończył parzyć herbatę. – Niesamowite, masz zdjęcie z samą Barbara Streisand… - Nie mogła uwierzyć, że to właśnie ta osoba stoi w objęciach Philipa na fotografii, którą trzymała w rękach. Zaniemówiła. - Herbata gotowa - Położył napełnione porcelanowe filiżanki na szklanym stole. Nozdrza Sophie wypełnił przyjemy kojący zapach jaśminu. – To zdjęcia z gali rozdania nagród muzycznych – Podszedł bliżej i spojrzał sentymentalnie na fotografię. – Zrobione 5 lat temu. Teraz Barbara nie ma się najlepiej.. – Posmutniał. – Częstuj się. Jaśminowa herbatę najlepiej wypić jeszcze lekko gorącą. – Odłożył zdjęcie i usadowił swoje ciało wygodnie na kanapie obok Sophie. - Muzyczna gala.. Niesamowite – Wlepiła wzrok w ścianę popijając herbatę, która była naprawdę wyśmienita. – Czym się właściwie zajmujesz? – Zapytała nieco zaintrygowana. - A ty? – Odpowiedział zbywając jej pytanie. - Właściwie to.. – Zamilkła na moment – Od dziś jestem bezrobotna. Jednak w Anglii moim głównym zajęciem był taniec. – Odłożyła filiżankę, na której dnie zostały tylko ciemne fusy. - Interesujące. – Odparł z uśmiechem. - Występowałaś przy większej publiczności? - Owszem. Startowałam w konkursach tańca, mam swoje małe sukcesy. – Spuściła wzrok w dół przygryzając wargę. - Więc dlaczego zrezygnowałaś? – Ciągnął dalej dopijając herbatę. - Nie czułam się w pełni spełniona w tym, co robię, chyba oczekuję czegoś więcej.. - Zawsze myślałem, że ludzie, którzy zajmują się tańcem nie mogą obejść się bez tej pasji. – Stwierdził. - Oczywiście, że tak jest. Tylko widzisz, lokalne konkursy to za mało. Tutaj zamierzam zacząć wszystko od początku. Zapanowała niezręczna cisza. Sophie zastanawiała się nad tym, co przed chwilą wyjawiła mężczyźnie, którego znała zaledwie trzydzieści minut, skąd u niej nagle taka wylewność? Spojrzała odruchowo na godzinę, dochodziła 18,00. Powoli wstała z miękkiej kanapy. – Dziękuję, że zaprosiłeś mnie do Siebie. Herbata była pyszna, jednak wypadałoby bym zameldowała się u Valentine, ona nawet nie wie, że ja dziś przyleciałam, na pewno będzie zaskoczona. – Powiedziała, po czym sięgnęła po ciężki plecak. - Pomogę. – Zaoferował – Cała przyjemność po mojej stronie. Skoro zatrzymujesz się u Valentine nie widzę przeszkody byś wpadła jeszcze raz na „małą – jaśminową”. – Podarował dziewczynie ciepły szeroki uśmiech. - Będzie mi bardzo miło. – Odwzajemniła. Oboje skierowali się do wyjścia. Philip podał jej ciężki plecak i ponownie podziękował za miłą rozmowę. Sophie nabrała powietrza do płuc i zapukała do mieszkania kuzynki. Oczom jej u progu ukazała się piękna czarnowłosa Valentine. Wyglądała rewelacyjnie. Biało czarna tunika odsłaniała jej szczupłe ramiona oraz wystające linie obojczyka a szczuplutkie uda podkreślały czarne legginsy. Sophie zaniemówiła podobnie jak kobieta naprzeciw. Obie nie mogły uwierzyć, jaki widok miały przed oczami. Valentine nie widziała kuzynki od jej szesnastych urodzin. Zapamiętała ją, jako małą wkraczającą w dorosłe życie dziewczynkę a teraz stała przed nią dorosła już kobieta. Sophie podarowała jej szeroki uśmiech czekając z niecierpliwością na dalszą reakcję. - Soph! Czy ja dobrze widzę? Mała Sophia? – Valentine rzuciła jej się w ramiona mocno ściskając. – Dziewczyno, co ty robisz tutaj w Los Angeles o tej porze dnia? – Zapytała zdumiona. - Odwiedzam moją kuzynkę – Odparła z lekką nutą żartu. Kobieta zaprosiła dziewczynę do środka. Mieszkanie było jeszcze piękniejsze od poprzedniego, które odwiedziła. Widać było kobiecą rękę. W powietrzu czuć było zapach świeżych kwiatów pomieszanych z perfumami Chanel. Valentine od dawna używała tego samego zapachu, który Sophia zapamiętała bardzo dokładnie. Poczuła się trochę pewniej widząc jak Valentine zareagowała na jej widok. - Kochanie opowiadaj jak się tutaj znalazłaś? – Zapytała entuzjastycznie i z tym swoim uroczym amerykańskim akcentem. – Jesteś głodna? Zresztą głupie pytanie oczywiście, że jesteś! Chodź przejdziemy do kuchni. – Sophie zrzuciła po raz kolejny wielki ciężki plecak i podążyła za kuzynką. Ta część mieszkania była imponująca. Czarne blaty błyszczały w świetle białego światła z małych rozmieszczonych lampek na górnych kafelkach. Srebrzysty wypucowany zlew równie lśnił, co barowa lada, na której znajdowała się taca z alkoholowymi trunkami. Sophie usiadła na jednym z barowych krzeseł podziwiając wnętrze. Valentine wyciągnęła z górnej szafki szklane kieliszki do wina. - Jesteś już dorosła, w końcu możemy się napić – Uniosła lekko prawą brew i nalała pół kieliszka białego trunku podając Sophie. – Mam jeszcze wczorajszą grecką sałatkę i trochę krewetek – Sięgnęła po jedzenie do metalicznej lodówki sporych rozmiarów. – Częstuj się, zjedz ile chcesz. I opowiadaj! – Ponaglała dziewczynę. - W zasadzie nie ma, o czym mówić. – Łyknęła białego wina i sięgnęła po krewetkę – Chciałam coś zmienić w życiu. Tak jak ty kiedyś.. – Spojrzała na kuzynkę mając nadzieję, że powie coś optymistycznego. - Ohhh.. Moja droga dziś owszem, żyję jak księżniczka – Zaśmiała się – Spójrz na tą bransoletkę, kupiłam ją u samego Armaniego, w dodatku, gdy dopiero wchodziła na sklepowe półki, byłam piątą klientką, która ją zakupiła. Uwierzysz? – Spojrzała na piękną mieniącą się biżuterię i westchnęła. - Jest piękna – Przytaknęła Sophie. - Jednak początki były bardzo trudne. Zarabiałam, jako modelka, musiałam przejść bardzo długą drogę by nie popaść w depresję. Mimo wszystko zacisnęłam zęby i powoli osiągałam swój cel, dziś mam czwartą, co do wielkości agencję modelek w Los Angeles – Ponownie podarowała jej ciepły szeroki uśmiech. – Kochanie, ale mam nadzieję, że ty nie chcesz zostać modelką? – Jej ton spoważniał. - Nie! Nie mam zamiaru odmawiać sobie przepysznych kalorycznych rzeczy – Odparła wykrzywiając usta w uśmiechu. - Skarbie figurę masz idealną, jednak praca modelki to również praca psychiczna. Dziewczyny mają ciężko. – Mówiła zajadając się sałatką. – Chwileczkę, przecież ty trenujesz taniec? - Trenowałam. – Poprawiła ją. – Ukończyłam szkołę i zostałam instruktorką, potem zdarzały się turnieje.. - Znakomicie! Ile pucharów mas zna koncie? - Tylko pięć. Trzy złote, dwa srebrne. Nic specjalnego.. - Oh proszę nie mów tak. To wspaniały sukces. Pomogę znaleźć ci pracę, mam mnóstwo kontaktów, na pewno ktoś cię przyjmie na przesłuchania. - Przesłuchania? - Przesłuchania, castingi rozumiesz. Teraz bardzo dużo tancerzy potrzebują do video clipów. Sophie o mało, co nie zadławiła się kawałkiem krewetki. - Teledyski? – Odchrząknęła głośno zadzierając gardło. – Valentine chyba mnie przeceniasz.. - Kochanie zawsze byłaś pracowita. Na pewno jesteś dobrą tancerką, poza tym uwierz skarbie tutaj nie tylko liczy się talent, ale również kogo znasz. Jak myślisz, kim byłaby Paris Hilton bez swojego ojca? – Zadrwiła śmiejąc się. – Uwierz inteligencją to od niej nie bije.. Sophie nie bardzo wiedziała jak ma odebrać ostatnie słowa. Wiedziała, że Valentine pracowała, jako modelka, wiedziała co nieco jakie osiąga sukcesy, jednak czegoś takiego się nie spodziewała. Wielka agencja, droga biżuteria, wspaniałe mieszkanie w dodatku mnóstwo potrzebnych kontaktów. Czuła, że było to za dużo wrażeń jak na jeden dzień. - Valentine chyba muszę odpocząć. Podróż samolotem kosztowała mnie lekką utratą przytomności, poza tym dziś poznałam twojego sąsiada, który miał zdjęcie z samą Barbarą Streisand no a teraz twoja relacja z życia. – Wypuściła powietrze z płuc – Sama rozumiesz. Nie spodziewałam się tylu emocji. - Philip już cię zaczepił. - Tak, ugościł mnie, gdy czekałam na Ciebie. - Phil jest producentem muzycznym od niedawna. - Więc dlatego to zdjęcie z gali.. – Pomyślała głośno. - Chodź kochanie pokażę ci pokój. – Sophie po raz kolejny zarzuciła wielką torbę na plecy i skierowała się w stronę nowego pomieszczenia. Mieszkanie było dwupoziomowe, zdążyła zobaczyć tylko parter. Pokój, który przydzieliła jej Valentine był zachwycający. Przytulny, przestronny połączony z łazienką. - Jest boski! – Sophie otworzyła usta z wrażenia. – Valentine dziękuję, nie wiem, co powiedzieć. Nie martw się postaram znaleźć coś szybko jak to możliwe i wynajmę własne mieszkanie by nie sprawiać kłopotu. – Dodała szybko. - Chyba sobie żartujesz! Wiesz, co zrobiłby mi twój ojciec gdyby tylko się dowiedział. Zamieszkasz ze mną jakiś czas a gdy będziesz potrzebowała większej swobody wtedy postanowisz, co dalej. I nie ukrywam, że towarzystwo młodej kobiety na pewno mi się przyda. – Puściła oczko w jej stronę. Sophie uścisnęła ją mocno i podziękowała jeszcze raz. Rzuciła plecak na ziemię i od razu położyła się na miękkiej aksamitnej pościeli. Poczuła błogi stan. Powoli jej wszystkie partie mięśni się rozluźniały aż zapadła w głęboki sen. czwartek, 4.listopada.2010, 21:14
Całkiem nowa HiStoria! Po wielkiej przerwie postanowiłam od nowa coś napisać. Lekko wyszłam z prawy, jednak jeśli wybaczycie małe błędy stylistyczne będę wdzięczna ;). Zupełnie nowa bohaterka. Nowa opowieść. Zapraszam do czytania. Wszelkie komentarze mile widziane. Ostrzegam tematyka - Fan Fiction. Inspiracja - Sam Król! ______________________________________________________ PART I POWAŻNA DECYZJA Krople deszczu uderzały z coraz większa siłą w bordową ceglaną dachówkę. Wiatr przybierał na sile. Pogoda dziś nie dopisywała, to nic nowego w tej części Anglii. Mała wieś położona na obrzeżach dużego miasta, jakim był Londyn. Blond włosa dziewczyna spojrzała zza okna na panującą ponurą pogodę. – Dziś już nie dam rady – pomyślała. Spuściła wzrok i wróciła do lektury. Uwielbiała czytać kryminały psychologiczne jednak dziś sięgnęła po obyczajową miłosną historię. Potrzebowała zmiany. Potrzebowała zmiany nie tylko w historiach, jakie pochłaniała czytając książki, ale pragnęła zmian w jej życiu. Zmian, po których kiedyś odpowie sobie samej, że nie zmarnowała żadnej szansy i przeżyła wszystko tak jak tego chciała. Czuła się nie do końca szczęśliwa. Co oznacza szczęście? To, że człowiek niczego więcej nie potrzebuje? To, że ma wymarzoną pracę, rodzinę i dzieci? Osiągnął to, co planował przez wiele lat? Zadawała sobie to pytanie każdego wieczoru. Rozmyślała, co chciałaby dalej robić, w jakim kierunku iść? Jednak cały czas tkwiła w tym samym miejscu, nie zwiedziła Świata a bardzo tego pragnęła. Pragnęła mieć odwagę wyjechać i zobaczyć jak żyją inni ludzie, przeżyć przygodę życia. Niestety brakowało jej pewności siebie i czegoś, co by pchnęło ją by zrealizować ten plan. Jakaś jej część chciała być wyzwolona a druga odbierała odwagę by zrobić ten pierwszy krok. Niby, dlaczego nie? Ukończyła wzorowo szkołę tańca, zdobywała nagrody i pochwały, niektórzy uważali, iż ma ogromny talent, ale dla niej było za mało by nazwać to – szczęściem. - Sophie, nie zamierzasz iść na trening? – Do pomieszczenia weszła wysoka w średnim wieku kobieta. - Nie mamo. Spójrz, jaka pogoda. – Odparła nie odrywając wzroku od książki. - Ostatnio omijasz treningi, ojcu się to nie spodoba. – Odpowiedziała kobieta nieco poważniejszym tonem. - Spokojnie, dam radę. – Spojrzała na matkę z lekkim uśmiechem, zupełnie nie przejmując się jej słowami. - Szykują się zawody. – Ciągnęła dalej rozmowę nie zważając na objętość córki. - Wiem o tym. Nie mam zamiaru startować w tym roku. - Sophie chyba nie wiesz, o czym mówisz? -Doskonale wiem. Podjęłam już decyzję. - Kiedy zamierzałaś nas poinformować? – Kobieta podeszła bliżej dziewczyny wyraźnie podenerwowana tym, co przed chwilą usłyszała. – To kolejna wielka szansa.. - Na co mamo?! – Wtrąciła. Odłożyła lekturę i spojrzała na matkę – To wasza szansa, nie moja. - Nigdy nie zrobiliśmy nic wbrew twojej woli. Jednak uważam, że powinnaś się zastanowić nad.. - Decyzję podjęłam. Myślę, że wystarczy tej rozmowy. Mam dwadzieścia trzy lata, uważam, że mogę decydować o swoich wyborach. - Masz rację. Obyś niczego nie żałowała. – Odparła na koniec i skierowała się w stronę drzwi. Odłożyła książkę na małą białą nocną szafkę, po czym opadła swobodnie na łóżko. Niby, dlaczego ma żałować? Czego? Dlaczego nikt nie da jej kierować własnym życiem tak jak Ona tego chce? Właściwie, czego chce? To pytanie również zadaje sobie, co dzień, każdego ranka, gdy spojrzy w lustro widzi tą samą blond włosom dziewczynę, która z dnia na dzień przeżywa wszystko automatycznie. Czuła, że życie przelatuje jej przez palce. Właściwie, czemu by nie wyjechać? Z myśli oderwał ją dzwonek do drzwi. – O tej porze? – Pomyślała zdumiona. Usłyszała pojedyncze kroki na schodach i po chwili ciche pukanie. – Max? – Do pokoju wszedł wysoki blond włosy chłopak o zielonych oczach i bladej cerze. Lekko speszyła się jego widokiem. Zupełnie nie spodziewała się Jego tak późnym wieczorem w dodatku w tak ponurą pogodę. – Nie poszedłeś na trening? – Zapytała nieśmiało. - Nie – Odparł i pochylił się by pocałować jej policzek. - Spodziewałam się po Tobie stuprocentowej frekwencji – Rzekła do chłopaka z mała nutką ironii. - A twoja nieobecność? - Przecież sam wiesz.. - Nadal nie masz zamiaru zmienić decyzji? - Nie. I tego się trzymam. – Odpowiedziała stanowczo. - Więc co zamierzasz? – Zapytał z wyraźnym zainteresowaniem siadając na małej brązowej pufie. - Zamierzam nie przejmować się opinią innych przede wszystkim. - Nie sądzisz, że ci „inni” mają trochę racji? Chcesz zmarnować lata pasji? - Pasji, która jak na razie do niczego mi się nie przydaje.. - Soph nie poznaje Cię? Co się stało z tą dziewczyną, którą znałem kilka lat temu? Która była pełna zaangażowania w to, co robi? - Ludzie się zmieniają, Max. Widocznie u mnie przyszedł czas na zmiany. - Przybliż mi swój plan? - Niesprecyzowany jeszcze, ale nadal nad tym myślę. - Soph.. – Wstał z pufy i podszedł do jej biurka. – Pomyśl gdyby kilkanaście lat temu On zrezygnował z pasji.. – Wskazał na zdjęcie w dużej brązowej ramce i spojrzał z ciekawością na dziewczynę. Chwilę milczała. Sama nie wiedziała, co odpowiedzieć w pewnym stopniu miał rację. Gdyby zrezygnował? Ludzie nigdy nie dowiedzieliby się o Jego wielkim geniuszu, o jego wspaniałej muzyce o tej niezwykłej magii, jaką stwarza Michael Jackson.. – Daj spokój. - Uważasz go za Boga, dlaczego Sohp? - Kolejny raz zaczynasz tą zbędną dyskusję, przecież już nie raz rozmailiśmy o tym. – Odpowiedz na pytanie. - Uważam go za genialnego artystę. Myślę, że na tym temacie zaprzestaliśmy. – Ucięła. - Zawsze był On na pierwszym miejscu…- Ciągnął dalej, nie zważając na odmowę dalszej dyskusji. – Zawsze był najważniejszy. „Michael jest genialny, Michael jest wspaniały, Michael jest niepowtarzalny.. „Czy Ty tylko Jego widzisz w tym swoim zamkniętym Świecie tej cholernej magii?? - Max! – Odparła zdziwiona atakiem. - Zawsze ten Jackson! A gdzie Ja w tym całym twoim „Świecie”? – Odwrócił się w jej stronę i spojrzał prosto w oczy czekając na odpowiedź. Milczała. – Odpowiedz. - Max.. Tak bardzo Cię to trapi? Jesteś dla mnie kimś naprawdę bliskim, ale zrozum nigdy nas nic nie łączyło i nie będzie.. - Bo On przesłania Tobie cały Świat! Obudź się dziewczyno! Rozejrzyj się. Wszędzie jego zdjęcia. Na co liczysz? On już wykorzystał szanse, zrozum to nigdy go już nie ujrzysz jak śpiewa! - Wyjdź! – Przerwała stanowczo tą zbędną rozmowę. – Nie mam zamiaru tego słuchać i mam dość twojej zazdrości, nie wygrasz z nim! Rozumiesz? - Rozumiem już wszystko doskonale.. – Odpowiedział cicho opuszczając pokój i zatrzaskując za sobą drzwi. Chciała pobiegnąć za nim i wygarnąć mu jeszcze więcej prosto w twarz, jednak nie miała ochoty robić zbędnych scen przy rodzicach i tak stanęliby po jego stronie. Dlaczego tak bardzo go nienawidzi? Dlaczego słucha ludzi, którzy oczerniają jego osobę? Nic nie rozumie, przecież to On jest zamknięty, zamknięty na prawdę. Nigdy nie chciał się jej dowiedzieć. Zasze próbowała tłumaczyć, jaki Michael jest naprawdę, nigdy nie słuchał, zbywał ją. Zamierzała zakończyć to raz na zawsze. Postanowiła zrobić krok naprzód i uzmysłowiła sobie, że to właśnie Max był tym człowiekiem, który popchnie ją dalej, który pomógł jej podjąć najważniejszą decyzję. Wiedziała już, że chce odmienić swoje życie, zacząć na nowo. *** Dźwięki muzyki wydobywające się z małej mp3-ki zagłuszał szum tysięcy ludzi. Przetarła oczy dłońmi lekko się ocknąwszy. Czuła doskwierający ból kręgosłupa od paru godzin. Żołądek również nie dawał jej spokoju, nic nie jadła od rana. Zdjęła wielki podróżny plecak i położyła na plastikowym krześle. Rozciągnęła mięśnie i rozejrzała się wokół. Tysiące ludzi przemieszczało się po ogromnej hali. Jedni czekali tak jak ona na swój samolot, drudzy witali rodziny i przyjaciół a dla niektórych był to po prostu dach by przespać kolejną noc.. Pogoda była nieubłagalna. Mgła przysłaniała widoki zza wielkich okien hali, na szybach słychać było strugi deszczu. Obawiała się, że będzie musiała spędzić tutaj kolejne długie godziny. Czas dłużył się nieubłagalnie. Miała różne myśli, ale obiecała Sobie, że nic jej nie powstrzyma. Jednak to dopiero początek. Znajduje się tutaj zupełnie sama bez jakiejkolwiek opieki na największym lotnisku w Anglii i jest przerażona, co będzie gdy dotrze do Stanów? Poczuła mocny skurcz w żołądku, sama nie wiedziała czy to strach czy głód. Spoglądała na tablice informacyjne, co jakiś czas, jednak bez zmian. -Lot odwołany ze względu na warunki pogodowe. – Na jej twarzy pojawił się grymas, zagryzała nerwowo wargi rozglądając się wokół. Automat do kawy, to było to, czego potrzebowała. Kawy. Wzięła ciężki plecak i skierowała się w stronę maszyny. Nabrała łyk zbawiennego napoju w tej chwili kawa smakowała jak z najdroższej kawiarni pomimo tego, iż w normalnych warunkach wylałaby ją do zlewu. Dopiła ostatni łyk i poczuła się o wiele lepiej. Spojrzała jeszcze raz na tablicę. Nowa informacja, za godzinę ma samolot. Odetchnęła w duchu i stawiła się na odprawie z uśmiechem na ustach. Na reszcie się doczekała. Doczekała się wymarzonej podróży. Odprawa przebiegła bez dębnych trzasków tak jak się tego spodziewała. Zobaczyła długo korytarz prowadzący na pokład samolotu. Czuła przeszywający jej ciało dreszcz i przerażenie. Chęć wyrwania się z codzienności przysłonił zupełnie strach przed tymi ogromnymi maszynami. Paniczny strach. Od dziecka bała się latać. W tym momencie miała przed sobą drogę do środka tej wielkiej maszyny, odwrotu już nie było. Stewardessa skierowała ją na pokład, pokazała miejsce i wytłumaczyła przepisy bezpieczeństwa. Sophie przełknęła powoli ślinę, spojrzała przez mały wylot na czarny pas startowy, jaki jeszcze miała pod sobą. – A co jeśli pogoda nie jest na tyle dobra? Co jeśli piloci podjęli zbyt pochopnie decyzję, wprawdzie mgła opadła, ale zawsze może zastać ich ogromna burza, czyż nie? Czy samolot jest w pełni sprawny, czy konserwatorzy wszystko sprawdzili? Dlaczego jeszcze stoi w miejscu? Czuła jak cała dygocze z przerażenia. Nigdy dotąd nie siedziała zupełnie sama w tak wielkiej maszynie, małe krople potu pojawiły się na jej karku. Widziała kolejno nowych wsiadających pasażerów, zupełnie nieprzejmujących się powagą sytuacji. Nagle rozległ się dźwięk silnika. Złapała mocno oparcie siedzenia, zamknęła oczy i czuła jak drży. Ciało lekko zarzucało na boki. Powoli odpływała.. - Czy wszystko w porządku? – Usłyszała głuchy niewyraźny głos kobiety. Poczuła jak jakaś obca dłoń dotyka jej policzek. Ocknęła się natychmiast biorąc głęboki wdech. Była zupełnie zdezorientowana sytuacją, jaka panowała wokół jej osoby, nie wiedziała gdzie się w tej chwili znajduje i kim są ci ludzie? – Dobrze się Pani czuje? – Ponownie usłyszała kobiecy głos. - Tak.. – Mruknęła powoli dochodząc do siebie. – Żyjemy? – Zapytała nie myśląc. - Słucham? – Kobieta wyraźnie zdumiona, uśmiechnęła się i przemilczała pytanie. - Żyjemy. Oh jak dobrze! – Wykrzyczała niemal. Wychodzący z pokładu samolotu ludzie zwrócili się ku niej równie zdziwieni. Gdzie jestem? Samolot się rozbił? – Pytała cały czas. - Proszę się uspokoić. – Kobieta w granatowym uniformie o długich rudych włosach, próbowała rozwiać obawy lekko roztrzęsionej Sophie. – Nikomu nic się nie stało. Samolot wylądował bez żadnych problemów. - Wylądował? To znaczy, jesteśmy już na miejscu? – Podniosła ciało z fotela by skierować się do wyjścia. - Tak. Czy da sobie Pani radę? – Rudowłosa kobieta zapytała ostatni raz. - Myślę, że tak. – Odetchnęła z ulgą, odgarniając włosy z twarzy. - Proszę skierować się tą stroną po bagaż. – Wskazała dłonią kierunek - Życzę udanego pobytu w Los Angeles. Los Angeles. Sophie, gdy usłyszała tą nazwę z ust kobiety nie mogła uwierzyć. Właśnie zaczęła się przygoda jej życia. ________________________________________________________________________________ 2007 brak kategorii (6) |
Claudia Caulfield & thecorations.eu! |